wstecz
Wybieg dla myśli spuszczonych z kagańca:
               "W jak Współczucie"

Oto klika myśli pisanych wbrew.
Wbrew temu, co jedynie słuszne i prawdziwe.
Wbrew temu, co poprawne i właściwe.
A może po prostu wbrew.
Myśli spuszczone z łańcucha społecznej aprobaty i latające dziko bez kagańca.
Uwaga: gryzą!

brak linii?


Dziś temat wywołany niedawno jak głodny wilk z lasu. Jedna z największych, a jednocześnie jedna z bardzo niewielu wartości wyznawanych zarówno przez tych wzniesionych już ponad dualizm tego świata, jak i tych, dla których walka ze złem stanowi sedno ich istnienia - współczucie.

Miłość i Współczucie – dwa najpiękniejsze prezenty, jakie możemy zaofiarować nie tylko sobie nawzajem, ale i sobie samym… O Miłości już było, a więc pora teraz przyjrzeć się jej siostrze.

„WSPÓŁCZUCIE - stan emocjonalny, w którym jeden człowiek solidaryzuje się z inną osobą cierpiącą i wyraża głębokie ubolewanie okazywane komuś nieszczęśliwemu.”

Głębokie ubolewanie okazywane komuś nieszczęśliwemu… Tyle ma o drugiej stronie miłości do powiedzenia pierwszy lepszy słownik, co jednak doskonale oddaje to, w jaki sposób ludzie postrzegają świat wokół siebie. Im osoba bardziej współczująca, tym mocniej i boleśniej odczuwa tę rzeczywistość, w której przyszło jej egzystować. Jawi się jej ona jako przepełniona cierpieniem, nieszczęściem, bólem, męką, tragedią, niesprawiedliwością… Innymi słowy, im bardziej współczującą osobą jesteśmy - tj. współczującą w rozumieniu wyższej zacytowanej definicji - tym większa w nas niezgoda na to, jaki jest ten świat. Niezgoda na wszystko to, co określamy mianem przemocy, gwałtu, wyzysku, okrucieństwa i wszelkich cierpień zadawanych ludziom przez innych ludzi, albo też i przez jakiś bliżej niesprecyzowany, a niesprawiedliwy los, fatum czy nawet zasłużoną sobie karmę.

A jeśli jeszcze oprócz tej wewnętrznej niezgody na świat przez nas zastany, znajdziemy w sobie dość odwagi, by się mu przeciwstawić, aby stawić mu czoła i pokazać, jaki być powinien, wówczas ludzkość prędzej czy później dowiaduje się, że oto pojawił się wśród nich nowy Mahatma Ghandi, nowa Matka Teresa, nowy Nelson Mandela, nowy Jacek Kuroń… – wyliczać by można jeszcze długo.

I świat ich pokocha. To nic, że pewnie wkrótce ich zabije, ale i tak wpierw pokocha.

A za co? No przecież to oczywiste! Świat dzięki nim staje się najwyraźniej lepszym miejscem, miliony cierpiących stają się szczęśliwszymi ludźmi, a nawet, jeśli cierpieć nie przestają, bo przecież wszystkich nie da się uratować, to i tak sama świadomość, że ktoś o nich walczy, dla nich żyje i za nich ginie, jest dla nich niczym balsam dla duszy. Świat zawsze kochał, kocha i kochać będzie – na śmierć – wszystkich tych, którzy dla niego poświęcają się na ołtarzu postępu cywilizacyjnego i moralnego ludzkości ‘za sprawę’. Żyj dla nas, a jeszcze lepiej - umrzyj dla nas, a my czcić cię będziemy po wsze czasy!

I czemu tu się dziwić? Przecież większość ludzkości to zagłodzeni na śmierć energetyczni bankruci, których wpierw tej energii pozbawiono, a którym następnie wpojono, że aby przetrwać, muszą pozbawiać tej energii innych, że sami nie dadzą sobie rady, więc jeśli ktoś podstawia mi pod nos tętniącą potężną energią życiową szyję kolejnego dawcy, to jakżeby mieli się temu oprzeć, by nie zatopić w niej swych zębów? Przecież, aby stawić czoła całemu światu, energię trzeba mieć nieprzebraną, więc z definicji jest co wysysać! A jak już wyssą z przepełnionego współczuciem serca wszystko do ostatniej kropli, to postawią jego świętej pamięci właścicielowi pomnik, albo Nobla dadzą pośmiertnie, albo w książkach pięknie opiszą, bo przecież takich jak on więcej nam trzeba i więcej, niech inni biorą przykład – tyle jest przecież wiecznie głodnych energii zombie powłóczących nogami po tym okrutnym i wrogim świecie, że takich ‘dobroczyńców’ ludzkości nigdy dosyć…

Ktoś powie, „A może jednak warto? Mimo wszystko? Mimo to, że to wszystko prawda, że świat jest, jaki jest, ale jeżeli żyć, to może właśnie dla innych? Skoro i tak umrzemy, to może warto umrzeć za innych? Światu pomagam i sobie pomagam, wzrastam, staję się lepszy, piękniejszy. Świat to kiedyś doceni. Bóg to doceni…” Jasne… Już mogę zacząć się śmiać?

Choć w sumie nie ma się czemu dziwić. To zupełnie naturalny dla większości ludzi sposób postrzegania siebie i swej roli w świecie. Tego przecież uczą wszystkie religie, wszystkie systemy moralne, również te świeckie – wartość jednostki mierzy się jej wkładem w dobro ogółu.

Tym niemniej, jest owo przekonanie dziś tyleż powszechne, co… z gruntu fałszywe.

Dlaczego właściwie świat nam od dziecka wmawia, że człowiek ‘dobry’ to taki, który żyje dla innych, a ‘zły’ to taki, który żyje dla siebie? Dlatego, że odkrył jakieś ponadczasowe, jedynie słuszne, boskie prawdy, które teraz z należną im czcią chce przekazać w swej miłości do rodzaju ludzkiego kolejnym pokoleniom? Bynajmniej. To jedynie czysty rachunek ekonomiczny. Czysto darwinowskie podejście do zachowania gatunku. Z człowieka bowiem, który żyje dla siebie, nie ma świat karnie wykonujących swe obowiązki mrówek absolutnie żadnego pożytku. Po co mu ktoś taki? Wartościowa w społecznym ujęciu jednostka to taka, z której można bez przeszkód czerpać, wysysać energię, żywić się jej życiodajną siłą, w zamian rzucając ochłap produktów pseudoenergiodajnych, aby się zbyt szybko na śmierć nie wykrwawiła i swej energii oddawać nie przestała, a nie taka, która śmie twierdzić, że wcale od energii innych uzależniona nie jest i swej oddawać światu też nie zamierza.

Społeczeństwo jest niczym świat maszyn przedstawiony w „Matriksie” – wmawia nam bardzo skutecznie, że przeżywamy najcudowniejsze z możliwych chwile na Ziemi, gdy tymczasem jest to tylko iluzja stworzona na potrzeby niczego nieświadomych prądotwórczych agregacików, które uśpił głodny energii system, nasycił bajkowymi snami, a potem zamienił w bateryjki podłączone do wiecznie potrzebującego cudzej energii układu. Każdy, kto próbuje się z tego systemu uwolnić jest zagrożeniem dla jego funkcjonowania, więc jest natychmiast piętnowany i wyszydzany, a jeżeli to nie pomoże - beznamiętnie usuwany i zastępowany innymi bateryjkami, którym od dziecka robi się pranie mózgów, aby były gotowe z własnej woli założyć na siebie kajdany garniturów i krawatów i same podpięły swe energiodajne żyły pod system, serdecznie mu jeszcze za tę możliwość dziękując.

No dobrze, ale może, abstrahując od rzeczywistości, w której poukładani jesteśmy obok siebie jak te bateryjki w latarce, wartością samą w sobie jest to, że potrafimy wznieść się ponad nasz doczesny los i sięgnąć Boga wtedy, gdy wbrew wszystkiemu jesteśmy jednak gotowi pochylić się nad losem innych bateryjek? Innymi słowy, gdy jesteśmy ‘dobrzy’?

A zastanawialiście się kiedyś, dlaczego nie istnieje żadna religia, która stworzyłaby kanon jedynie słusznych zasad, jakim należałoby się poddać właśnie ze względu na to, że są po prostu słuszne i tyle, nie sprzedając go jednocześnie w pakiecie wraz z zestawem obietnic życia pośmiertnego, w rodzaju zasiadania po prawicy Boga Ojca, pól elizejskich mlekiem i miodem płynących, haremu pełnego dziewic, krainy wiecznych łowów, czy też choćby tylko rozpłynięcia się w nicości, by już nie odczuwać bólu istnienia?

Taki system prawd objawionych nie istnieje, ponieważ ludzie w swej naturze – jak każde żywe istoty - mają w głębokim poważaniu robienie rzeczy ‘słusznych’. Oni chcą robić to, co jest dla nich korzystne, co przynosi im – choćby i w najdalszej perspektywie – zysk. Dlatego pusty śmiech mnie ogarnia, gdy słyszę wywody o tym, jakoby to poświęcanie się dla innych stanowiło drogę oświecenia, drogę do Boga, do wyższego człowieczeństwa, czy czego tam jeszcze… Prawda jest taka, że wszyscy męczennicy tego świata, wszystkie Matki Teresy i Mahatmowie Ghandi, niczym się w tym momencie nie różnią od całej rzeczy Hitlerów i Bin Ladenów. Bluźnię? Przeciw światu, owszem. Bo oczywiście, że się różnią z jego perspektywy – jedni dają się mu doić w sposób absolutny, więc są ‘dobrzy’, wręcz Święci, i pójdą za to do Nieba, a drudzy go doją bez skrupułów - ergo, ‘są źli’ i ‘nikczemni’ i na pewno skończą w Piekle.

A tymczasem i jedni i drudzy tak naprawdę nie robią nic innego, jak podążają za swoim WŁASNYM interesem. Jedni i drudzy robią to dla siebie samych. Jedni i drudzy mają nadzieję na bardzo konkretną dywidendę za swoje uczynki. Różnica jest tylko taka, że jedni chcą się nią cieszyć już teraz, na Ziemi, a drudzy wolą poczekać, aż dostaną ją osobiście z rąk Boga. Efekt dla świata jest różny, skutki ich czynów dla nich samych – tu, na Ziemi - także są różne, ale to, co najistotniejsze w tym wszystkim z punktu widzenia duchowego wzrastania, a więc MOTYWACJA, pozostaje ta sama – nagroda dla mnie! Czy to władza czy pieniądze, dziewice albo raj, a nawet i samo oświecenie – co za różnica? Robię to dla siebie, nie dla innych. Zaspokajam swoją potrzebę ‘czynienia dobra’, ‘ratowania świata’, ‘ratowania Ziemi’, czego tam jeszcze sobie nie wymyślimy… Nawet, ci, którzy się zarzekają, że niczego w zamian nie oczekują, tak naprawdę oszukują nie tylko ludzi wokół siebie, ale przede wszystkim siebie samych – bo robiąc to, co uważają za słuszne, zaspokajają jedynie swoją własną potrzebę robienia tego, co słuszne. A że przy okazji inni temu głośno przyklaskują, bo dostają zastrzyk cudzej energii, więc żyjemy i odchodzimy z (własnym) poczuciem dobrze spędzonego życia…

Tyle tylko, że to jeszcze jedna zabawa w przebierańców, kolejne przybieranie masek, kolejne udramatycznianie sobie pobytu na Ziemi, kolejne gierki naszego potrzebującego ciągłego pobudzania ego. Tyle tylko, że tym razem ukrywające się pod płaszczykiem duchowości i oświecenia. To jedynie kolejna śliczna iluzja pozwalająca nam uwierzyć, że oto mamy tu do spełnienia bardzo ważną misję ratowania świata, więc jednak jakiś sens w naszym tu istnieniu musi być, skoro zbawiamy innych - jeżeli nie od Piekła, bo w międzyczasie przestaliśmy w nie wierzyć, to przynajmniej od bólu i cierpienia tego niesprawiedliwego świata.

Więc o jakiej absolutnej miłości i współczuciu mówimy, moi drodzy Rycerze Jedi, moi drodzy Wojownicy Światła? Kieruje nami nie współczucie rozumiane jako współodczuwanie, jako zrozumienie tego, przez co i dlaczego przechodzi druga istota, a jedynie użalanie się nad innymi, jacy to mniej oświeceni są od nas i jak bardzo przez to cierpią…

Tymczasem rzeczywista Miłość i rzeczywiste Współczucie dla drugiej istoty sprawia, że z szacunkiem i absolutną akceptacją przyjmujemy to, iż rzeczywistość, w jakiej przyszło egzystować każdemu z nas - bez wyjątku – jest tą, którą sami dla siebie zaprojektowaliśmy i sami sobie stworzyliśmy, ponieważ właśnie takiej chcemy doświadczać, ponieważ taka nam w tym momencie najlepiej służy. I to właśnie nam, nie innym. A jeżeli chcemy rzucić się w wir świata i ‘ratować’ miliony, a nawet miliardy, przed scenariuszem, który dla siebie wybrali, to proszę bardzo, róbmy to. Róbmy to z całych sił, jeżeli taka jest nasza bajka, nasz własny scenariusz. To jedyny sposób na to, aby dostrzec w końcu jego ułudę. Przebierajmy się w płaszczyk Supermana i udawajmy, jacy to jesteśmy ‘lepsi’ od tych, którzy otwarcie mówią, że w tym spektaklu obchodzą ich role grane przez nich samych, a nie role innych. Co prawda zostajemy w ten sposób jedynie ubranym w aureolę własnej świętości hipokrytą, ale z drugiej strony, jeżeli taki nam pasuje scenariusz i tak bardzo chcemy się weń bawić, to czemu nie? W końcu wszystko, absolutnie WSZYSTKO na tym świecie jest takie, jakie być powinno, wszystko jest ze światem w porządku, a więc niejako z definicji nasza zabawa w Świętego i nasze święte przekonanie o prawdziwości tej roli też. Tylko może już nie łudźmy się, droga Shaumbro, że zbieramy za nią punkty w Niebie… Niebo jest z natury dla wszystkich. Choć – z pozoru paradoksalnie - dostępne staje się dopiero dla tych, którzy zrozumieją, że nie muszą się o nie starać, że to ich własny Dom, do którego zewsząd i zawsze mogą wrócić, gdy już przejdzie im ochota bawić się czy to w Matki Teresy, czy to w Hitlerów; że to dom każdego z nas, bez względu na to, w jakiej gramy dziś bajce i że wcale nie trzeba nikogo tu przed niczym ratować ani w żaden sposób wyprowadzać na jedynie słuszną drogę, aby mógł się tam dostać…

Niby wszyscy to wiemy, ale gdy tylko zobaczymy kogoś, kto w naszym mniemaniu cierpi, od razu konstatujemy, że błądzi, a więc rzucamy wszystko, my, Wojownicy Światła, my, Rycerze Jedi, i pędzimy co sił światu na ratunek. I upajamy się tym, jak ważne rzeczy dla niego robimy… Powiem przekornie - wielkie mi rzeczy! Każdy z nas to potrafi. To łatwe. Każdy z nas, Shaumbro, ma wielkie serce pełne miłości, więc naturalnym naszym odruchem jest 'pomaganie' innym. Tylko, że nazbyt często nie jest to żadne pomaganie, a - powiedzmy to sobie wprost - przeszkadzanie. Nie pozwalamy, w swym zadufaniu i przemądrzalstwie, innym doświadczać tych przeżyć, które dla siebie wybrali, uważając, że wiemy lepiej, co jest dla nich dobre. A przecież to właśnie jest iluzja w czystej postaci. Jeszcze bardziej daleka od prawdy niż to cierpienie, które chcą poczuć.

Czy potrafimy przejść spokojnie obok cierpiącego człowieka pełni wiary i ufności, że w tej właśnie chwili i w tym właśnie miejscu świat też jest doskonały? Że to cierpienie – które współodczuwamy, które nie jest nam obojętne, ale nad którym się nie użalamy i nie staramy się od niego nikogo ‘uratować’ – jest równie doskonałe co nasz śmiech i radość? Albo że nasze cierpienie jest równie doskonałe i piękne, co stojące obok drzewo? Że nie ma tu dla nikogo nic do naprawiania? Że nie ma tu dla nikogo też i nikogo do ratowania? Że świat zmienia się jedynie dzięki temu, kim my sami się stajemy, a nie przez to, co i dla kogo w nim robimy? Że to stopień naszego przebudzenia ze snu wtłaczanego nam nieustannie do umysłów przez Matrix pomaga innym też się z niego wyzwolić, a nie nasze jeszcze większe zaangażowanie w iluzję rzeczywistości tego snu, bo jedynie ją w ten sposób wzmacniamy?

Innymi słowy, czy potrafimy zdobyć się na tak bezwzględną akceptację i miłość do drugiego człowieka, by pozwolić mu decydować o tym, czego chce doświadczyć, bez względu na to, czy nam się to podoba czy nie? Czy potrafimy zrozumieć, że nasza własna potrzeba czynienia ‘dobra’ i zbierania punktów na bilet do Nieba nie jest w żaden sposób ważniejsza, prawdziwsza ani słuszniejsza od jego potrzeby odczuwania cierpienia?

Ja wiem, że to przychodzi nam znacznie trudniej niż zabawa w Świętego, Batmana, czy Guru. Wbrew pozorom to właśnie szacunek dla cudzych wyborów i powstrzymanie się od ich 'naprawiania' przychodzi nam, od tysięcy wcieleń zaprawionym w boju Wojownikom Światła i Rycerzom Jedi, znacznie trudniej. My kochamy tę rolę. Hołubimy ją z całych sił. Nie damy jej sobie za nic odebrać.

Ale może pora już obudzić się z tego snu? Może pora zdemaskować także i tę iluzję, choćby była i naszą ulubioną? A może właśnie dlatego, że jest naszą ulubioną? Może właśnie dlatego. Może właśnie dlatego…


Angelwolf
Wt lis 02, 2010 11:11

do góry